Od zawsze wydawało mi się, że lęk przed śmiercią jest tym naturalnym lub wręcz najbardziej naturalnym w życiu człowieka. Bóg był dla mnie gdzieś obok, potrzebny jako narzędzie do uzyskania poczucia sensu życia i ewentualnie spełniania moich zachcianek. Pragnienie nieba, zwłaszcza silne wydawało mi się wyzwanie karkołomnym, przynależnym tylko jakimś ascetom lub osobom pokrzywdzonym przez los. Niebo to przecież utrata wszystkiego co mamy: rodziny, przyjaciół, hobby i wszystkiego co czyni nas szczęśliwym na rzecz nieokreślonej apatii, trwania w bliżej nieokreślonej wieczności, jakimś „oceanie miłości”. Brzmi to nie tylko niezachęcająco, ale także wręcz przerażająco, jest bowiem czymś tak nam nieznanym i niezrozumiałym, że budzi lęk niczym bezkresny ocean. W ostatnich latach jednak zdałem sobie sprawę, iż stopniowo i niespodziewanie, wręcz jakby za sprawą jakiejś łaski pragnienie nieba stało się dla mnie tak samo naturalne jak każde inne, codzienne pragnienia.

Dlaczego tak się stało? W tym momencie trzeba będzie ruszyć głową i zagłębmy się w odmęty wręcz filozoficznych rozważań. Wyobraź sobie najlepszą rzecz na świecie. Nie musi to być jedna rzecz, może być ich kilka, być może nawet jakaś kombinacja. Smaczny deser, obiad z rodziną, spacer w naturze czy po górach. Oczywiście przy takich wyobrażeniach czujemy radość, chcemy tego doświadczyć i od razu poprawia nam się nastrój. Czy jednak jesteśmy pewni, że naprawdę tego chcemy? Zaryzykuje stwierdzenie, że nawet największa radość trwająca w nieskończoność zamieniła by się szybko w piekło. Wyobrażacie sobie jeść przez wiele lat? Zwiedzić wszystkie góry na świecie i być zmuszonym robić to znowu w nieskończoność? Albo mieszkać ze swoim małżonkiem przez 10000, już nie mówiąc o nieskończoności wieków? Właśnie.

Przedstawione przeze mnie rozważanie zdaje się podważać naturalne dla człowieka pragnienie szczęścia. Można by wręcz powiedzieć, że gonienie za jakimś nieosiągalnym celem byłoby lepszą wiecznością niż spełnienie wszystkich swoich marzeń. Kryje się tu jednak paradoks; skoro oczekiwanie na nagrodę jest lepsze niż sama nagroda, to po co na nią czekać? Tutaj kryje się kolejne potencjalne piekło, pełne albo ogromnie sfrustrowanych ludzi nie mogących osiągnąć tego, co uważają za szczęście, albo apatycznych, cierpiących głęboko w sercu ze świadomością, że nic nie ma tak naprawdę sensu. Jest teoria mówiąca wręcz, iż męki piekielne to takie właśnie skutki postawienia rzeczy doczesnych ponad Bogiem, czyli inaczej możliwość wiecznego „cieszenia się”, która skończy się tak jak wyjaśniłem w poprzednich akapitach.

Pierwszym rozwiązaniem tej głęboko niepokojącej myśli jest stwierdzenie, iż to dobrze, że życie nie trwa wiecznie i że wszystko kiedyś się skończy. Dla mnie jednak taka wizja brzmi wręcz samobójczo, tak jakby to śmierć była uwolnieniem, a więc ostatecznie tym co przynosi szczęście. Mnie nie zadowala to rozwiązanie. Widzę inne: co jeżeli tylko niebo w rozumieniu Chrześcijańskim jest prawdziwym szczęściem, które może trwać wieczne? Co jeżeli infantylne obrazy aniołów grających na trąbach wyrażają ostateczne szczęście bardziej niż wszystkie nasze ideały? Chodzi o prostą adorację jedynej „rzeczy”, która nie jest stworzona i jest źródłem tak wielkiej radości, że nie znudzi się nam ona nawet po nieskończonej ilości czasu. Chodzi oczywiście o Boga, który 2000 lat temu w osobie Jezusa Chrystusa przyszedł nam ogłosić, że może nas zbawić i obdarzyć szczęściem tak głębokim, że bez trudu zabiłoby zwykłego śmiertelnika.

Czy moja argumentacja zachęciła was, podobnie jak mnie, do głębszego pragnienia nieba? A może już wcześniej mieliście podobne przemyślenia?